piątek, 8 maja 2015

Natura pamięci

Witam bardzo serdecznie.
Muszę z przykrością stwierdzić, że trochę zaniedbałam bloga ze wzgledu na różne niesprzyjające mi okoliczności, moje własne "nie chce mi się" i na brak czasu, który w ostatnich tygodniach dał mi się we znaki, a i przez kolejne tygodnie mogę zapomnieć o odpoczynku...niestety.
Tak więc przechodząc do sedna- otrzymałam bardzo ciekawe pytanie na temat natury pamięci. Stwierdziłam, że można by tu mówić i mówić i mówić. A przynajmniej ja tak mam, bo mnie tematy o psychice człowieka interesują. Posegregowałam swoje myśli i naskrobałam  w moim mniemaniu dość skromną odpowiedź, ale przynajmniej jest krótko, zwięźle i na temat. Dziękuję autorowi za to pytanie =)


Pytanie brzmiało
"Czy zastanawia cie czasami natura pamięci?" 
Czy zastanawia cie czasami to jak dokładnie pamiętamy niektóre wydarzenia lub fakty. Że czasami pamiętamy wszystko co nieważne, a nie to co ważne. Czy kiedykolwiek złapałaś sie na myśleniu, że czas ci gdzieś uciekł?"

Pamięć to jest główny ośrodek osobowości człowieka. Mogłoby się wydawać, że nie, bo przecież są jeszcze wydarzenia losowe, ludzie, socjalizacja itp., ale człowiek uczy się dopiero na wydarzeniach, na tym co było i jest, rozmyśla nad wydarzeniami, które odbyły się w przeszłości i dopiero ta PAMIĘĆ O TYM pozwala mu wyciągnąć (bądź nie) odpowiednie wnioski, wysnuć teorie, zdobyć doświadczenie. Gdyby człowiek tego nie pamiętał to nie byłby zdolny do tego, aby drugi raz ręki do ognia nie wsadzić. Za mądrość życiową odpowiada właśnie pamięć.
Dalej- sprawa pamięci i jej natury jest niesamowicie rozległa, bo człowiek nie jest w stanie zapamiętać wszystkiego ze swojego życia, choćby i ze względu na wiek. Przecież nikt nie pamięta czasów kiedy był noworodkiem albo jeszcze wcześniej w łonie matki. Mało kto pamięta wczesne wydarzenia ze swojego życia, a jeśli już to urywkami, momentami, nie jest w stanie opowiedzieć co się wydarzyło kiedy był niemowlęciem. Może pamiętać emocje, bo emocje człowiek uczy się wyrażać już wcześniej i łatwiej zapamiętać bachorowi to, że kiedy był bardzo mały coś go niesłychanie przeraziło, ale ten sam bachor nawet nie będzie wiedział co to było. Będzie pamiętał tylko to, że się bał. Wczesne doświadczenia z życia człowieka nie raz zapomniane- zakorzeniają się w podświadomości- dlatego ktoś kto.. boi się psów przykładowo- nie zna ośrodka swojego strachu, bo nie pamięta, że we wczesnym dzieciństwie pogryzł go pies. W skutku psów się boi, ale nie pamięta dlaczego.
Kolejne- kiedy człowiek jest już starszy często kieruje się metodą- widzę co chcę widzieć, słyszę co chcę słyszeć. To co dla niego nieistotne często schodzi na dalszy plan, staje się nieważne. Często rzeczy powtarzane tysiące razy po prostu zanikają w tej pamięci, bo organizm i pamięć neutralizuje pamięć o tym. 
Kolejne to kwestia wieku- wiadomym jest, że zauroczone nastolatki będą pamiętały choćby i głupie słowo "yhy" powiedziane przez obiekt ich westchnień, bo w tym czasie na tego kogoś zwracają najwięcej uwagi i to jest głównym obiektem ich zainteresowania. Tonacja głosu, akcet, okoliczności, mimika, gestykulacja etc. mają spory udział w tym co człowiek pamięta, co prowadzi do tego- jak co przez kogo jest zapamiętane. Punkt widzenia zależy od punktu siedzienia. Dla jednych sprawa wygląda neutralnie, spokojnie,a dla innych jest to wybuch gniewu ze strony rozmówcy. Także kwestia tego jak coś jest mówione też jest ważna, bo ludzie różnie pamiętają te same wydarzenia.
Kolejne- podzielność myśli. Ktoś kto myśli o 100 rzeczach jednocześnie prawdopodobnie szybciej zapomni o czymś błahym co miało miejsce lub co musi zrobić, bo jest zbyt zakręcony. Głupi przykład- często ktoś zapomina takie pierdoły jak " czy wyłączyłam żelazko?" i idzie sprawdzić, bo nie pamieta czy to żelazko jest wyłączone.
Następne- wydarzenia, które bardzo uświadamiają czyjąś wytrzymałość psychiczną. W większości przypadków są to rzeczy przykre, które są w stanie powalić na kolana człowieka. Człowiek ma przeróżny próg cierpliwości, wytrzymałości, siły i innych. Jedno wydarzenie czasem może kogoś totalnie złamać, inne nie zrobi na nim wrażenia. Identycznie przy innej osobie- te same wydarzenia będą odbierane inaczej, to już jest kwestia psychiki człowieka. Często coś co jest powtarzane non stop i kiedy sytuacja wymaga powtórzenia raz jeszcze- niektórzy powtórzą, inni się zniecierpliwią, ale powrórzą, a następni wybuchną, bo mają dość i ileż można mówić?
Jest też coś takiego jak perspektywa czasu. Po iluś latach te wielkie i ważne rzeczy czasem wydają się zupełnie błahe. Na przykre wydarzenie człowiek często macha reką, na inne przykre wydarzenia po prostu...cóż- przyzwyczaja się do nich, nauczył się z tym żyć.
Co jeszcze- w kłębowisku myśli czasem faktycznie jest tak, że pamiętamy to co zupełnie nieważne, a to co ważne ulatuje w mig. Sama się z tym borykam, bo pamiętam różne ciekawostki np. biologiczne czy historyczne, a ogółu tematu często nie. Wydukam 5 zdań na krzyż bez rozwinięcia i leci wielka improwizacja, bo zapominam. Tak jest, że jednemu podejdą różne tematy, a inne nie. Twierdzę, że po prostu to czym się człowiek interesuje i to czego lubi się dowiadywać- łatwiej mu przyswoić i zapamiętać niż to, co go mało interesuje. I sądzę, że nie tylko ja tak sądzę.
Następne to to- jaką siłę ma dane wspomnienie, czy jest wyraziste. To się łączy również z emocjami, które w danej sytuacji się uwalniają. Im intensywniejsze emocje tym lepiej zapamiętane wspomnienie. Gorzej kiedy tych emocji jest całkiem sporo i są negatywne, wtedy człowiek się zaczyna gubić w tym bałaganie, jest rozkojarzony, a to prowadzi do tego, że często nie pamięta co robi, nie wie podstawowych rzeczy, dekoncentruje się na rozmowie, na działaniach i swojej pracy. Ucieka mu klarowność myśli, bo ma burzę w środku. Po jakimś czasie nie jest nawet w stanie określić co czuł, co myślał, często identyfikuje to z uczuciem pustki, samotności, niezdecydowania. Ten okres czasu jest jakby "obcy".
Ciekawa rzecz- ludzie po wypadkach często tracą pamięć, zapadają w śpiączkę. Czasem jest to tymczasowe, częściowy zanik wydarzeń- robota mózgu- gorzej jeśli jest to na stałe. Tutaj zajmę się tym pierwszym. Organizm ludzki przy MEGA szoku po prostu wyrzuca z siebie tą zaistaniałą sytuację. Doznaje takiego szoku, że po prostu wymazuje z pamięci coś co się stało- człowiek po przebudzeniu często nie pamięta co się stało, albo pamięta tylko urywki, albo pierwszą część, albo końcówkę etc. Czasami samo zdarzenie zabiera trochę więcej wspomnień niż sam fragment, co jest niefajne. I tutaj pojawia się kolejna kwestia- wytłumaczę to tak- pamięć to jest 100%. W śpiączce albo w tych zanikach pamięci to jest tak, że wydarznie zabiera pamięci jakiś fragment załóżmy- 10%.
A jeśli chodzi o śpiączkę- czyli kiedy mózg wyłączył z obiegu jakąś część. Czasem ma to odbicie właśnie w pamięci- jeśli pamięć ogólna to jest 100%, to robota mózgu polaga na tym, że zabiera pamięci jakąś część, ale nie zawsze wygląda to tak, że zabiera jakiś kawałek do iluś tam % pamięci, ale też z racji na uszkodzenie zamazuje OD jakiegoś momentu DO następnego momentu. Coś jakby....wyrywa pewną część pamięci i chowa ją głębiej niż głęboko. Mam nadzieję, że dobrze to wyjaśniłam.
Jest jeszcze kwestia taka, że rozmyślając nad rzeczami błahymi, mało istotnymi lub najprościej mówiąc szczegółami- stają się one ważne, coś na co później zaczyna się zwracać większą uwagę, bo tego nauczyło doświadczenie. Empiricism level up.
Mam nadzieję, że nie pominęłam niczego, bo to naprawdę temat nadający się na doktorat, a ja poskracałam jedynie swoje przymyślenia. Nie mniej, dziękuję za pytanie =)


Dla pełnego rachunku pierdzielnijmy jeszcze tematyczny obrazek, co by ładnie wyglądało  c:

niedziela, 1 lutego 2015

Między ziemią a niebem..

Ojej, jaki długi odstęp czasowy. Sama nie wiem kiedy ten czas zleciał.
No cóż, do dzieła. Palnę wierszykiem, bo ostatnio miałam fazę na poezję i udało mi się napisać kilka, ale pewnie pomieszkają w szufladzie z 'karą' uziemienia jaką na nie nałożyłam. Wiem, jestem okrutna...
Zawsze w takich chwilach jak ta mam nerwy przed opublikowaniem czegoś swojego, ale cóż, nikt mnie nie zje, prawda?


***
Samotny pośród wszystkich żywiołów
Roznosi po świecie cudowne głosy aniołów

Rozsiewa pyły, unosi krople, podnosi iskry
Śpiewa szumiąc, szepce nucąc, drga melodią...

Coraz to nowe przygody zaczyna
Wierzchołki zaśnieżonych gór zdobywa..
I wzbija się zimny i ostry ku górze
By zamęt zasiać, by krople rozdzielić w chmurze
I spada suchy, gorący na dole
Niosąc promienne uśmiechy słońca ludziom przy stole
I owiewa ich roześmiane twarze
I opala gorącym wiewem, płaczące- przy pożarze.
I fale unosi wysoko w niebo
I daje się bawić, zabawa to nic złego.
I latawce unosi ponad koronami drzew
Podrywa sycąc się śmiechem- przyjazny to wiew.
I psoci kapelusze z głów zrywając
I włosy rozwiewa na twarz umalowaną
I popchnie w przód i w tył, czasami na boki
I wymienia tęskne spojrzenia za błyskotkami- niczym sroki.

A w górach ludzi obserwuje, pomagając
gdy na szczyt wychodzą i z sił się wydzierają.
Szczyt osiągnęli, na sam czub się wspięli..
A on echem naśladuje buńczucznych, przekleństwa powtarzając..

I niesie on ze sobą głosy
I niesie on ze sobą płacz.
Unosi wypadnięte z głów kobiecych włosy
I tuli się do skrzydeł ptaków jak brat.

Przez tyle stuleci świat zamieszkuje
Do opowiedzenia tyle w sobie kryje
Nic dziwnego, że czasem się buntuje
I z tornadem dachy z domów zrywa..

Współistnieje ze swymi braćmi, z siostrami
Łagodnie dryfując między nimi
Patrząc na krzywdy jakie ludzie wyrządzają
Łącząc swe siły przeciw nim, broniąc..

Nie często się to zdarza, aby z równowagi go wyprowadzić
Nie często się przejmuje tym, że ludzie chcą go złapać
Da się z ochotą wszędzie zaprowadzić
Wszędzie może się wdrapać..

Przez wiek wieków ludzi obserwuje
Przez wiek wieków milczy i czuje
Przez wiek wieków jego los z losem ludzi się przeplata
Przez wiek wieków nie poczuł, że mu serce kołata..
Przez wiek wieków samotny nad życie
Nie milczy, nie zastyga- pływa i tańczy
W świetle gwiazd i księżyca- faluje
Czy powiesz mi, że on jest martwy?
Po powierzchni wody dryfuje..
Roznosi szepty, krzyki, plotki i obawy...
Nie pomoże ludziom, ale czasem bierze w swoje ręce sprawy.
Często miły i przyjemny...łaskocze i pieści..
Ale zdradź tego kogo kocha- wtedy módl się człeku do Matki od wszystkich boleści..
***



W gratisie dorzucam piosenkę, bo jestem hojna. A tak na serio to mi się kojarzy z wiatrem, mgłą, górami i chyba nietrudno zgadnąć dlaczego.



                                                 Spokojnego lutego! I żeby Was nikt nie denerwował!






piątek, 14 listopada 2014

Czarne-Białe

Witam.
Ostatnio mam nieodpartą ochotę na pisanie, tak więc postanowiłam coś naskrobać. Nie, nie będzie o kolorach. Celuję bardziej w powiedzenie 'każdy kij ma dwa końce'.
Swojego czasu byłam bardzo rozdarta nad wyborami, które pędziły tylko w jedną stronę. W skrajność. Ktoś zapytał: 'wolisz psy czy koty?, czarny czy biały, ogień czy wodę?". Oczywiście to przykłady.
Otóż, jestem zdania, że wszystko ma swoje dobre i złe strony, nic nie jest tylko czarne albo tylko białe.
Jako, że mam świra na punkcie każdego rodzaju antropologii, chcę ukazać cechy ludzkie- powszechnie uznawane za wady lub walory z jednego punktu widzenia- po mojemu, z obu stron medalu.
Na pierwszy ogień idzie: SZCZEROŚĆ.
Dla jednych zaleta w 100%, dla innych zaleta- okazjonalnie, dla następnych problem. Jednak sama szczerość nie jest ani wadą ani zaletą, po prostu jest. Również szczerość nie jest chamstwem. Chamstwem byłoby dopowiadanie niepotrzebnych, obraźliwych słów. Znam kilku, może kilkunastu ludzi, którzy nie wiedzą jak powiedzieć prawdę tak, aby nie zranić kogoś. Zakładam, że znaczna część ludzi ma z tym problem, ale nie wszyscy. Otóż- jeżeli ktoś wymaga szczerości- to szczerym być należy. Jeżeli idziesz z koleżanką na zakupy, a ciuch jej nie pasuje- to powiedz prawdę, że 'jej ten ciuch nie pasuje' i pomóż wybrać inny, który będzie ładnie wyglądał. Otóż- nie sztuka powiedzieć prawdę i mieć resztę w dupie- sztuka powiedzieć prawdę i pomóc. Masz przyjaciółkę, która ma problemy w związku- nie słódź, że wszystko będzie dobrze, bo nie zawsze jest. Powiedz prawdę, potem podtrzymaj na duchu, jeżeli leży Ci na sercu jej dobro. Nie sztuką zamilczeć, aby kogoś nie urazić, i tak za każdym razem, ale sztuką powiedzieć w odpowiednich okolicznościach, aby ten ktoś wiedział jak się sprawa maluje oraz aby siebie uwolnić spod ciężaru niewypowiedzianych słów.
MECHANIZM KŁAMSTWA
Kiedyś doszłam do wniosku, że prawda jest w pewien sposób wolnością, a kłamstwo pęta umysł, duszę etc. Ktoś kto żyje w kłamstwie- nie jest wolny. Na przestrzeni wieków, ludzie przyzwyczaili się do kłamstwa, mataczenia, niedociągania, zatajania, czy ukrywania. Za to nie można winić, bo każdy ma swoją małą tajemnicę, której nikomu nie zdradzi, o której wie tylko on sam. Bywa też, że chce zaoszczędzić nerwów, stresu innym albo po prostu boi się powiedzieć prawdę, bo będzie czekała kara. Poza tym- czy istnieje choć jeden człowiek, który nie ma jakiegoś drobnego kłamstwa na sumieniu?
Moim skromnym zdaniem, odwagę za powiedzenia prawdy trzeba umieć docenić, bo kto powie prawdę z wiedzą, że poniesie za to odpowiedzialność karną? Ludzie potrafią czepiać się najróżniejszych błahostek, w dużym stopniu w ogóle nie związanych z sednem sprawy, tylko po to, aby obarczyć kogoś winą. Nie chodzi mi o to, aby usprawiedliwić kłamstwo, ale o to, aby zrozumieć pobudki osób, które używają tego mechanizmu obronnego. Jeżeli sytuacja wygląda tak: "Masz powiedzieć prawdę! - (tu ktoś mówi prawdę), -ty gówniarzu (!)***!!***!!) i następnie wpierdol- to kto normalny będzie się narażał? Inna sytuacja jest wtedy, kiedy ktoś potrafi zrozumieć, wybaczyć i nie gnoić, ale dać się wykazać w naprawianiu tego co zostało zepsute. Nie twierdzę, że trzeba ufać komuś bezgranicznie, ale od czego ma się oczy? Można zaobserwować starania, reakcje, zachowania tego, który coś spartaczył i dopiero wtedy wyciągnąć wnioski.
Tak na marginesie- z dzisiejszą technologią, umożliwiającą wykrycie kłamstwa oraz z ekspertami, którzy po gestykulacji i mimice potrafią wykazać kłamstwo, uważam, że sztuką jest umieć porządnie kłamać. Według mnie to też jest zaleta, która potrafi niejednokrotnie uratować tyłek. Oczywiście pod warunkiem, że jest to jednorazowe, bo ciągnąć proces, gdzie kłamstwo goni kłamstwo jest bądź co bądź niebezpieczne. No i na drugim marginesie- kłamiesz dla siebie, to kłam, ale nie wciągaj w to innych- raz, że mogą sypnąć prawdą, dwa, że różna odpowiedzialność może spotkać Was oboje. Jeżeli kłamiesz- to na własną rękę i bez publiczności + musisz mieć dobrą pamięć.
Oh, bym zapomniała. Nie chcę być błędnie zrozumiana. To nie tak, że zachęcam do kłamania i szlifowania tej umiejętności. Mam na uwadze przemyślenie skutków, ewentualnych konsekwencji- zarówno kłamstwa jak i prawdy. Dojrzałość polega między innymi na tym, aby brać odpowiedzialność za swoje czyny i słowa. To co zrobicie zależy tylko od Was.
SPRYT
Dla kogoś sprytnego i przebiegłego będzie to zaleta, dla kogoś kto jest w ten sposób oszukany, ominięty- będzie to oczywiście zmora. Spryt idzie w parze także z zaradnością i to bardzo często. A zaradność jest pewnym składowym inteligencji. Jeżeli chodzi o tę cechę to status waloru lub wady zależy od subiektywnego spojrzenia. Również w odniesieniu do dwóch poprzednich trzeba sprytu, nie lada inteligencji i niekiedy zaradności, aby na sytuacji skorzystać lub w najlepszym razie- nie stracić.
PRACOWITOŚĆ, AMBICJA
Ambitnemu człowiekowi jak najbardziej zależy na sukcesie. Sukces jest oczywiście pojęciem względnym i na różnym tle, w odniesieniu do różnych sytuacji. Ambicja jest pewnym rodzajem motywacji, bo motywacje są różne- niektórych motywuje końcowy efekt, innych osiągnięcia, które zyska po drodze, a niektórzy brną w coś z zamiłowania. Tych jest naprawdę bardzo dużo. Logicznie rzecz ujmując- ktoś ambitny będzie starał się, bądź będzie po prostu ulepszał swoje możliwości, będzie torował sobie drogę do sukcesu. Niekiedy brnie tak szybko i tak łapczywie, że nie zatrzymuje się po drodze. Pracowitość to jeszcze nie pracoholizm, ale ambicja czasem bierze zakładników pod ramię i te dwa (ambicja i pracoholizm) idą razem przez nieznane mroki. Jednak kładę nacisk na pracowitość- dla potencjalnego pracodawcy będzie to raj na ziemi mieć takiego pracownika. Pracownik- o ile będzie jedynie pracowity i nie dość wyszczekany- może być wykorzystywany przez załogę. Jak wiadomo- różni są ludzie. Jedni nie dadzą sobie w kaszę dmuchać, inny weźmie coś do siebie i będzie się jeszcze bardziej starał, aby coś udowodnić, jeszcze inny po prostu sprawę oleje, bez awanturowania się. O ile pracowity człowiek będzie dodatkowo ambitny i będzie brał każde 'ale' do siebie (bo zdarzały się sytuacje, gdzie ktoś celowo manipulował innym tak, aby za niego odbębniono robotę), to albo wypali się zawodowo, albo popadnie w jakąś nieprzyjemną skrajność i się podłamie, albo w końcu nie wytrzyma i :
a) zrobi niezły raban, pokrzyczy, porozbija etc.
b) pójdzie w pizdu
Obie perspektywy nie malują się zbyt dobrze, także: nie wykorzystujcie innych ludzi. Najlepiej- niech każdy robi to co do niego należy. Kluczową rolę odgrywa...
CIERPLIWOŚĆ
Co ta głupiutka Celevra mogła znaleźć w cierpliwości? Ano, ktoś nazbyt cierpliwy może być równie dobrze wykorzystywany. Ktoś wie, że u drugiego może sobie pozwolić na zbyt wiele. Jednak u ludzi zasoby cierpliwości się kończą. Czasem się zastanawiam co jest gorsze: wybuchnąć i pokazać, że wcale nie jest tak fajnie, że człowiek ma dość i oddać pięknym za nadobne, zatoczyć tym samym błędne koło zemst i własnych poniżeń, czy zatracić się w swoich myślach i upodlić się przed samym sobą, nie walczyć- no i jak nic- zatoczyć błędne koło.. Skrajna cierpliwość może zaprowadzić do wielu zakamarków, których człowiek nawet nie chce sobie wyobrażać, a co dopiero widzieć i przeżywać na własnej skórze.
GADATLIWOŚĆ
Miernik cierpliwości u różnych ludzi jest różny. Naprawdę. Jeden wytrzyma jazgot 24/h, innego szlag trafi po minucie. Szczerze powiem, że gadatliwość niektórych ludzi działa na mnie kojąco i mogę słuchać ich godzinami. Zawsze wbija mi się w pamięć monolog, który ktoś prowadzi z takim intensywnym zaangażowaniem. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale cieszy mnie kiedy ktoś wyróżnia się tą specyficzną cechą myślenia, wiedzy, czy przemyśleń na głos. Jednak są dni, kiedy chcę tylko ciszy i niczego więcej.
Nie wyobrażam sobie gdyby ktoś 24/h cały czas ględził i nie mógł przestać, serio chyba bym kogoś zakneblowała i przywiązała do kaloryfera. Tu powstaje coś takiego jak kompromis. Pomnę na jeszcze jeden fakt- ktoś gadatliwy może być paplą, a ktoś kto jest paplą często rozsiewa plotki, które są pochłaniane przez innych z ambitną...
CIEKAWOŚCIĄ
Mówi się, że to pierwszy stopień do piekła. Sama ciekawość jeszcze nie jest grzechem i wcale nie musi być stopniem do piekła. Równie dobrze może być stopniem do raju, zależne jak kto postrzega te dwa pojęcia. Chyba każdy chciał się o czymś przekonać np. czy jak włoży palec do kontaktu to czy prąd go kopnie albo czy światło w lodówce świeci się nawet po zamknięciu i powolutku zamykał te drzwi...albo czy niebieski ogień jest gorący. Podpowiem- jest. Ciekawość to również pierwszy stopień do zdobycia wiedzy. Sądzę, że zależnie jak ta cecha jest wykorzystywana przez ludzi ma swoje plusy i minusy, obiektywne i subiektywne.
UPÓR
To także stanowczość. Z różnych przesłań wynika, że był na korzyść i na niekorzyść, zależnie od sytuacji. Kopernik się upierał, że Ziemia jest okrągła i krąży wokół słońca, trzymał się tego do końca i trzeba było czegoś więcej, aby potwierdzić jego tezę. Z kolei...hmm....ile jest bezsensownych 'złamanych serc', bo ktoś się upierał, że 'dla mnie się zmieni'. Jednak czasem należy się poparzyć na własnych doświadczeniach, aby zrozumieć. To też jest cecha, która należy do tych uwielbianych i nienawidzonych.
ODWAGA
W zasadzie to nie powinno tu się znaleźć, ale! Odwagą nie jest zrobienie kilku szalonych rzeczy, bo "JA NIE ZROBIĘ?!" NO TO PATRZ!"- to jest skrajna głupota. Nie dość, że ktoś dał się zmanipulować do zrobienia często niebezpiecznych rzeczy, a na pewno głupich, to jeszcze ryzykuje życiem, bądź zdrowiem i udowadnia swój brak rozumowania. Często też naraża zdrowie, życie bądź cenny czas innych, którzy wraz z nim będą skutki ponosić.




  Na ogół wszystkie cechy NIE SĄ ANI WADAMI ANI ZALETAMI. Wadą lub zaletą czyni fakt jak sami daną cechę postrzegamy, jak ona wygląda w naszych oczach. Cechy same w sobie, po prostu są specyficznymi czynnikami, które określają jakąś konkretną osobowość. Nad cechami można pracować, ale nie należy dopuścić do skrajności- być tylko takim i takim. Człowiek powinien być nieco elastyczny, że tak powiem, zależnie od sytuacji. To wiąże się między innymi z zasobami taktu lub ich braku oraz z tym jak chcesz, aby Cię widzieli. 
Nie istnieje cecha super dobra pod każdym względem i nie istnieje cecha super zła pod każdym względem. Wszystko się miesza. Nic nie jest tylko białe lub tylko czarne. Człowiek to jedna wielka mieszanina, cech, emocji i wszystkiego co w nim siedzi. Prawdopodobnie ominęłam znaczną część cech, które w normalnych warunkach bym tu umieściła, ale jak sobie o nich przypomnę to najwyżej napiszę drugą część, nawiązującą do tego posta.
Cóż, miłej doby i smacznych obiadków, pozdrawiam serdecznie- Ja.


poniedziałek, 3 listopada 2014

Dolor

Witam.
Dzisiaj opowiem troszkę o bólu. Z góry chcę zaznaczyć, że nie zamierzam wylewać swoich żalów etc., również przykłady, które podam (bo na nich najprościej wytłumaczyć) są nie tyle co zmyślone, bo na pewno miały już kiedyś zastosowanie i może mają, ale nie są autentyczne z mojego życia. No to jazda.
Co to jest BÓL?
Z łac. dolor. Najprościej powiedzieć, że jest to odczucie nieprzyjemne, swoiste, negatywne i subiektywne, powstające pod wpływem bodźców uszkadzających tkankę. Towarzyszące temu emocje to lęk i niepokój oraz przyspieszenie parametrów życiowych tj. przyspieszenie akcji serca, a co za tym idzie oddech, tętno.
Jest to wrażenie negatywne, ale ma swoje plusy. Kiedy coś boli to jakby daje sygnał i woła "Hej, ja tu cierpię! Hejoo! Zrób coś z tym!" Stopień bólu można pomierzyć w skali od 0-10, ale nie tylko. Lekarze często oceniają wizualnie oraz werbalnie. Ocena ta polega na zasadzie pięciu palców. Tak jak w j.polskim pisząc ogłoszenie czy zaproszenie mamy zasadę pięciu palców- tak w medycynie również ona jest w zastosowaniu. Mamy 5 stopni bólu:
1) brak
2) słaby
3) umiarkowany
4) silny
5) nie do zniesienia
Właśnie wyobraźnia podsuwa mi pomysł używania palca jako wskazówki dla lekarza, na zasadzie 1. stopień bólu to np. palec pierwszy, czyli kciuk. A teraz sytuacja "Proszę pokazać palcem na ile pana boli". Pacjent kciuk w górę- bólu brak. A gdyby tak zamienić piąty palec (mały) oznaczający 5. stopień, z tym środkowym to mogłoby to wyglądać tak: "Niech pan pokaże palec, na ile pana boli" i wtedy pacjent takiego palca fuck'a pod nos lekarzowi. No i wszystko wiadomo. xD
W tym chcę zaznaczyć, że już nie raz słyszałam, że pielęgniarka lub lekarz, chociaż częściej to pierwsze, mówili do pacjentów "na pewno nie boli cię aż tak" lub coś w ten deseń. Otóż- oni nie mają prawa oceniać cudzego bólu i nie mogą tak powiedzieć. Swoją drogą jest to denerwujące, może spowodować zdenerwowanie co nie służy pacjentowi i jego stan może się pogorszyć.
Mamy także 2 rodzaje bólu:
- ostry (nagły, silny ból) -> wtedy pacjenta się usypia, czyli najprościej mówiąc narkoza
- przewlekły, który trwa pomimo wygojenia się tkanek. Można go traktować jako chorobę np. bóle fantomowe).
A tak. Bóle fantomowe to bóle odczuwane w miejscu nieistniejącej, amputowanej kończyny lub w miejscu, w którym nie nastąpiły zmiany fizjologiczne, lub które nie zostało uszkodzone mechanicznie tak by mogło powodować ból rzeczywisty, np. w przypadku bolących, lecz zdrowych zębów.
Występuje też zjawisko Analgezji. To całkowity brak odczuwania bólu. Brak bólu zębów, głowy, siniaków etc. wydaje się super. Życie bez bólu. Otóż, to ma też drugą stronę. Włożysz rękę do ognia i możesz się nawet nie zorientować, ze skóra się topi, dopiero po zapachu się zorientujesz. Złamanie- można chodzić nawet miesiące kontuzjowanym i nie być tego świadomym- później komplikacje, bo kończyna się źle zrosła. Więc zapamiętaj- kiedy boli, daje sygnał, że coś jest nie tak. Brak bólu w przypadku analgezji może powodować tragiczne skutki.
Ból Psychiczny
Są to wszelkiego typu urazy na tle psychicznym, trauma, lęk, smutek, przygnębienie, jak to się teraz zwykło mawiać- dół, depresja, również stres i etc. Oczywistych oczywistości nie będę rozwijać, mam zamiar naświetlić Wam depresję, bo wielu ludzi ją myli z innymi schorzeniami, również ze stanem melancholii i wielu nie zna, nie wie co to w ogóle jest.
Otóż DEPRESJA to zaburzenie psychiczne, które charakteryzuje się obniżeniem nastroju, obniżeniem napędu psychoduchowego (spowolnienie ruchowe i spowolnienia toku myślenia), zaburzeniem rytmów około-dobowych (okres snu, czuwania, posiłków) i co najgorsze- wszechogarniający lęk. Nieleczona prowadzi do samobójstwa, choroby somatycznej lub targaniem się na własne życie o ile nie uda się za pierwszym razem. Natomiast MELANCHOLIA to po prostu stan przygnębienia związany z sytuacją życiową np. zawodem miłosnym. W tym stanie powstało wiele dzieł (obrazów, wierszy, muzyki etc.) Artyści wykorzystują ten stan do różnych tworów. Wiele dzieciaków zazwyczaj myli te dwa stany, objawy melancholii są przypisywane do stanu depresji co mnie niezwykle irytuje i zniechęca do prowadzenia dalszej konwersacji. Tak samo jak mylą zauroczenie z miłością. Wracając do depresji- z tego się nie da samemu wyjść, to trzeba leczyć. Czasem nie potrzeba specjalisty, odpowiednich leków, ale zawsze, ale to zawsze taki człowiek musi być otoczony kimś komu nie jest obojętny. W zasadzie ciężko zdefiniować ten stan jedną formułką, bo tyle ile ludzi na świecie, tyle może być rodzajów depresji. Jedna będzie silniejsza, druga słabsza. Jeden człowiek będzie krzyczał etc., inny, który był gadułą- zamknie się w sobie. Do każdego trzeba podejść indywidualnie. To jest także sprawa uczuć, a jak wiadomo każdy człowiek inaczej czuje, każdy ma inną psychikę. Adekwatnie do tego jak szybko można kogoś złamać i wprowadzić w stan przygnębienia- tak samo jest z wyleczeniem się  z niej, ale też nie zawsze. Kogoś kogo łatwiej złamać na wstępie- łatwiej wyprowadzić go z tego stanu (depresji). Jeżeli ktoś jest 'skałą' i się złamie...no to tu już może być problem. Ale jak mówię- do każdego należy indywidualnie podejść. Jedna depresja będzie składać się z jednego wielkiego głazu, inna z milionów kawałeczków kamyczków.

BÓL FIZYCZNY VS BÓL PSYCHICZNY
Na ten temat powstało wiele sprzeczności, który gorszy. Ja osobiście uważam, że gorszy jest psychiczny- jeżeli mam wybierać między tymi dwoma. Sądzę tak dlatego, że ból fizyczny nie trwa wiecznie. Możliwe, że trwa długo, czasem bardzo długo, ale nie wiecznie. Z czasem nawet się zaciera. Kiedyś usłyszałam lub przeczytałam taki tekst, że 'jeżeli kat był dobry to potrafił skazanego utrzymać w męczarniach nawet 3 tygodnie". 
3 tygodnie tortur-> śmierć= wybawienie. 
Kilka lat walki z rakiem = ból -> śmierć = wybawienie. Zostawić bliskich (świadomość ich bólu) = walka z samym sobą = ból psychiczny. 
Wyobraźcie sobie sytuację: pożar. Załóżmy, że rodzina jest dzietna. Przeżywa tylko jeden z rodziców. Żeby nie było- weźmy poparzenie 2. labo 3. stopnia. Oparzenia bolą jak cholera. Wygoją się, zostają blizny. Blizny przypominają, zmieniają, każde odbicie w lustrze powoduje wspomnienia, czasem nienawiść, nie mówiąc o tysiącach pytań typu "dlaczego?" Ale najgorszy jest ból po stracie rodziny. Wyobraźcie sobie, że Was to dotyka i to Wy mieliście to szczęście albo nieszczęście przeżyć. Wasza rodzina ginie. Z tego nie łatwo się otrząsnąć. Ten ból zawsze zostaje, zawsze się ciągnie, nawet jeżeli człowiek weźmie się w garść- zawsze ma świadomość straty. Dlatego sądzę, że jest gorszy psychiczny. Jest też teoria:

TOTAL PAIN
Jest to teoria Cicely Saunders, która wykłada, że ból ten polega na bólu fizycznym, który przerzuca się na ból psychiczny. Prowadzi do zerwania relacji z ludźmi na skutek bólu i prowadzi do bólu socjalnego. Po nim następuje ból duchowy. Oczywiście to skrót, postanowiłam zrobić rysunek (pożal się Boże), który to pokaże.




Jest to błędne koło. Ból fizyczny jest tak silny, że powoduje niechęć do życia i przerzuca się na ból psychiczny. Nikt chorego nie może zrozumieć, bo nikt nie cierpi w ten sposób w jaki cierpi poszkodowany. Oprócz niego nikt nie odczuwa tego bólu. Chory nie chce przebywać wśród ludzi, a  człowiek w odosobnieniu..jakby to powiedzieć...świruje. Brak towarzystwa i odosobnienie powodują samotność, a samotność to także ból duchowy, ergo- ból psychiczny. Od bólu nikt go nie uchroni, są leki, ale leki nie działają wiecznie. Co gorsza, organizm w końcu się przyzwyczaja do leków i nic nie łagodzi bólu. To tak w skrócie.

Cóż, fizycznego bólu raczej nie da się uniknąć w ciągu życia, ale mam nadzieję, że będziecie mieć go jak najmniej. Również mam nadzieję, że nie wpadniecie nigdy w depresję, czy nie przeżyjecie aż tak bolesnych doświadczeń. Trzymajcie się ciepło, pozdrawiam.

wtorek, 14 października 2014

Postrzelone pomysły!

Dzień dobry wieczór.
Dzisiaj chciałabym opowiedzieć o tym co robię, a właściwie co będę robić. A mianowicie będę wykonywać zawody (o ile uda mi się zdać) w zakresie gastronomii (choć tego wolałabym uniknąć, ale jak to mówią 'żadna praca nie hańbi), a także zawód opiekunki środowiskowej. Aktualnie jestem w szkole policealnej, która do tego zawodu mnie przygotuje. Chciałabym co nieco naświetlić obraz tej pracy.
Jak można się domyślić jest to opieka nad chorymi i dość spora odpowiedzialność. Jednak to tylko malutki przedsionek tego zawodu. Otóż, aby pełnić funkcje opiekuna nie wystarczy tylko lubić pomagać. Bardzo wielu ludzi rezygnuje z wykonywania tej pracy, bo 'wypala się zawodowo'. Nic w tym dziwnego i nie ma co osądzać, że człowiek jest taki, sraki i owaki, bo zrezygnował z pełnienia tej funkcji w środowisku. To bardzo ciężka praca.
Zarysuję Wam słownie czego nas uczą.
Otóż na pierwszy ogień rzucili nam psychologię, a co za tym idzie- socjologię. Jak można się domyślić psychologia wiąże się z poznawaniem ludzkiego umysłu, ludzkiej mentalności i szukaniu problemu oraz zwalczaniu go od podstaw. Bardzo często problem jest zagrzebany w podświadomości człowieka, często psycholodzy wypytują o dzieciństwo. Dla niektórych wyda się to dziwne, ale bardzo dużo problemów powstaje jeszcze w tym wczesnym okresie rozwoju. Przykładowo: zwyczajny Kowalski boi się psów. Lubi na nie patrzeć i obserwować, ale kiedy tylko pies jest w pobliżu bez właściciela czy bez ograniczonej wolności to Pan Kowalski zaczyna panikować. Często sam nie wie dlaczego, bo nie pamięta, aby kiedykolwiek zwierzę wyrządziło mu krzywdę. Zapytany o to- nie zna podstawy swojego lęku. I teraz pojawia się pytanie: dlaczego? Pan Kowalski postanowił zapytać o to swoją rodzicielkę, a ona odpowiada mu, że 'kiedy był jeszcze bardzo małym dzieckiem pogryzł go pies'. Pan Kowalski nie pamięta zajścia, ale w jego psychice, zdarzenie zostało zepchnięte w podświadomość, co stanowi teraźniejszy lęk.
Oczywiście nie uczymy się psychologii od A-Z, mamy tylko podstawy, bo nie sposób zbadać ludzkiej psychiki w całości, ponad to każda psychika jest inna. Tak jak każda dusza jest inna.
Słowo to: PSYCHOLOGIA składa się z dwóch greckich słów. PSYCHE- dusza i LOGOS- nauka.
Dlaczego 'dusza'? Można to łatwo określić, otóż każde żywe stworzenie, które potrafi myśleć, czuć i ma świadomość- posiada duszę.
Podobnie jest z SOCJOLOGIĄ. Nawet w mojej teraźniejszej klasie są osoby, które nie do końca wiedzą czym jest. Najczęściej mówią 'nauka o człowieku', ale dla ogółu to jest nauka o bardzo wielu ludziach. W zasadzie o całym społeczeństwie. Jak ludzie się w nim odnajdują, jak ludzie siebie postrzegają, jak ludzie postrzegają innych, normy etyki itd., itp. Całokształt społeczeństwa (grupy społeczne, człowiek w społeczeństwie, oddziaływanie etc.) Jedna nauka z drugą jest jak prawa ręka i lewa ręka. Jedno bez drugiego jest niepełne.
Dostaliśmy też taki przedmiot jak: organizacja opieki środowiskowej. Ja sama wyobrażałam sobie ten przedmiot jako lekki i bardziej na zasadzie 'jak zorganizować czas, co można robić i jak zachęcić do współpracy'. Nic bardziej mylnego! Na tym przedmiocie jest chyba wszystko! Skubniemy medycynę, psychologię i socjologię oczami lekarzy, prawa lekarskie (czyli ogólnie jakie prawa ma pacjent, jakie prawa ma lekarz, pielęgniarka, opiekunka itp.), jak rozpoznać chorobę, co robić w nagłych przypadkach, również opiekę jako pomoc przy czynnościach życiowych, nawet i tych najprostszych, logistykę, czyli najprościej mówiąc organizowanie wszystkiego, a także podział czasowy, aby ze wszystkim zdążyć, pomoc rehabilitacyjną i chyba wszystko co wchodzi w relacje pacjent-opiekun. To naprawdę bardzo obszerny dział.
Poza tym- będę uczyć się języka migowego! A jest on pożądany, bo niewielu opiekunów ten język zna.
Jak na razie reszty przedmiotów nie miałam, ale jak tylko dowiem się jak będą wyglądać to naświetlę sytuację.
Opiekunowie środowiskowi nie zajmują się tylko chorymi ludźmi starszymi lub dziećmi niepełnosprawnymi. Opiekunowie mogą pełnić funkcje podpory rodziny od strony fizycznej, psychicznej, mogą nawet być kimś w rodzaju terapeuty w rodzinie, która nie może znaleźć wspólnego języka. Mogą pełnić role kogoś w rodzaju 'super-niani' dla zbuntowanych dzieci i nastolatków, z którymi nie radzą sobie rodzice. Mają obowiązek naprawiać relacje międzyludzkie, ale wspólnie z tymi, których te problemy dotyczą, bo powiedzmy sobie szczerze- co z tego, że opiekun będzie sobie zdzierał ręce do krwi skoro ludzie, którzy sobie nie radzą nie będą z opiekunem współpracować, aby polepszyć swój status? Pracując muszą być podporą dla chorego i jego otoczenia.
Jak widać- to bardzo obszerny i odpowiedzialny zawód. Całe szczęście, że lubię uczyć się o człowieku. Szczerze mówiąc- nie zdawałam sobie do końca sprawy, że będzie na tym coś więcej oprócz 'jak pielęgnować człowieka i jak mu pomóc'. W składowe zalicza się cała psychika, wydarzenia losowe, odbieranie takich ludzi przez społeczeństwo...
A chciałam pierwotnie zostać na weterynarii....tak swoją drogą- ciekawe, na którym byłoby więcej do ogarnięcia....ale z drugiej strony- wolę uczyć się o człowieku niż ogarniać całą anatomię zwierząt i mieć praktyki w rzeźni.....wystarczająco, że wszelakiego typu mięsa musiałam przerabiać na gastronomii...
Podsumowując: ciekawostki będą się pojawiać na bieżąco, ja bardzo cieszę się, że trafiłam na ten kierunek, może za rok będę działać dalej w kierunku psychologii. Chyba po raz pierwszy w życiu jestem na właściwym kierunku i uczę się tego czego lubię.



wtorek, 7 października 2014

Raz kozie śmierć.

Witam.
Ostatnio dostałam bardzo ciekawe pytanie, bardzo kreatywnie pomyślane i bardzo wielowątkowe. Jest ono tu: http://justpaste.it/pytanie1#_=_
Jako że na Ask.fm mam ograniczoną ilość znaków, postanowiłam rozwinąć swoje myśli w postaci opowiadania właśnie tu, na blogu. Jeszcze zanim zapomnę, chciałabym podziękować za tak oryginalne, ciekawe i pobudzające wyobraźnię pytanie. Jestem naprawdę pod wrażaniem.
Pominę takie aspekty jak fakt, że samo średniowiecze trwało ok.1000 lat, mimo że jest ono istotne, bo ludzie kształcili się i zmieniali mentalność. Zmienię również płeć, bo do roli kupca bardziej pasuje mężczyzna. Oczywiście będę pisać językiem współczesnym, bo po bardzo, bardzo, bardzo, bardzo staropolsku nie umiem, a nawet jeśli bym umiała to nikt by tego nie zrozumiał i trzeba by było połowę przetłumaczać z polskiego na nasze.
**************************
Wraz z pierwszymi promykami światła usłyszałem jak dzwonnik wybijał rytm na dzwonie, budząc wszystkich w mieście. Miasto spowite było gęstą, szarą mgłą, a mimo to ludzie już chodzili żwawo i szybkim krokiem, aby uzbierać w urzędach jak najwięcej zacnych opinii na swoje mniemanie. Również dla mnie miał to być ważny dzień. To dziś miała odbyć się prezentacja najczystszego jedwabiu, sprowadzanego prosto z Azji, krainy leżącej za Górami Ural. Różne chodziły pogłoski o tym państwie, różne chodziły plotki o ludziach, a ostatnio nawet i o mnie. Z okazji prezentacji jedwabiu, a nie była to byle jaka prezentacja, bo uczestniczyć i przewodzić w niej miał sam książę! To na jego rozkaz, a w zasadzie prośbę odbyłem tę długą i wyczerpującą podróż. W zasadzie to była jego zachcianka, aby nie być gorszym i nie uchodzić za biedniejszego od samego Ludwika X zwanego Kłótliwym. W zasadzie nie był tak kłótliwy jak o nim mówili, był nieco przewrażliwiony na punkcie swojego ubioru. Jak każdy Francuz.
Przez całe przedpołudnie przygotowywałem miejsce pokazu, składałem i układałem materiały, aby jak najkorzystniej wyglądały. Inni z mojego fachu przyglądali się z dezaprobatą, z zawiścią w oczach. Słońce wznosiło się coraz wyżej i wyżej. Wszystko zmierzało ku perfekcji. W końcu wybił dzwon, stoły były zastawione dziczyzną na tę okazję, najlepszymi winami, winogronami i owocami morza, obstawa króla towarzyszyła jego bratu, a on sam siedział na bogatym krześle przyglądając się początkowi w cieniu, nie narażając swojej skóry na oparzenia.
Lektor zaczął wygłaszać przywitanie swoim donośnym głosem. Umysł miałem lekko przyćmiony, nie słyszałem większości słów, które mówił. Jeden z moich asystentów trącił mnie lekko dając tym samym znak, że prezentację czas zacząć. Skinąłem do nich głową i we dwóch delikatnie unieśli materiał, a ja zacząłem wygłaszać. Tak było z drugim i trzecim- po minach księcia i króla byłem w stanie stwierdzić, że materiały, kolorystyka i jakość przypadły im do gustu. Zacząłem się cieszyć w duchu, że moja kariera będzie dalej się rozwijać, a nad to, że będę poważanym kupcem na dziedzińcu królewskim. Cała prezentacja przebiegła pomyślnie, mogłem spodziewać się awansu, przestałem martwić się o dobro rodziny, wiedziałem, że teraz będą mogli w spokoju żyć, bez biedy i ubóstwa. Król Ludwik wstał, wygłaszając swoje zdanie i pochwalając te (jeszcze) nie pełne szaty. Uniósł puchar do ust, orzekł 'Vivat'......i upadł niczym szmaciana lalka u podestu, upuszczając kielich i wylewając resztkę zawartości. Piana zaczęła toczyć mu się z ust, wyraźnie się krztusił i nie mógł zachłysnąć powietrzem. Jego brat Filip krzyczał wniebogłosy, jedni przybiegli do króla, inni uciekli obawiając się, że wstąpił w niego zły duch, o których ostatnio było na językach. Medyk królewski przybył za późno i pozostało mu tylko stwierdzenie zgonu króla. Bramy zostały zamknięte, a dochodzenie wszczęte. Osoby, które przygotowywały ucztę- wszyscy kucharze, pomagierzy, osoby, które ustawiały dania na stołach, a więc i my (ja i moi asystenci). Na koniec zostawali ci, którzy po prostu tam byli i nie zdążyli uciec. Przesłuchanie trwało i trwało, na nic się zdawały słowa, które usprawiedliwiały mnie i moich asystentów. Po długim czasie nastąpiła narada. Trwaliśmy w milczeniu przez długie godziny w zimnym lochu, bez jedzenia i wody. Nikogo do nas nie wpuszczano, nikomu tez nie pozwolono wyjść, nawet za potrzebą. W tym obskurnym miejscu spędziliśmy całą, zimną noc. Rano słyszeliśmy dzwony- tym razem używane do celu nagłośnienia o pamięci króla, który wczoraj odszedł na skutek nieszczęśliwego wypadku, bądź podstępu. Moi młodzi asystenci zastanawiali się w głos- kto mógł życzyć mu źle. Upomniałem ich, że takie dochodzenie jest tylko na ich niekorzyść, niech mówią tylko wtedy kiedy zostaną poproszeni o głos. Do południa przynieśli nam miskę wody i kilka bochenków suchego chleba. Po głowie chodziły mi najróżniejsze myśli. Przez kraty w oknie zdołałem zobaczyć jak drogie materiały zostają podarte. To co z nich zostało nadawało się do pasania krów. Bardziej niż o materiały martwiłem się o siebie. Już dobę tkwiłem w tym obskurnym miejscu, zaczęły nawet odwiedzać nas pałacowe szczury. Nawet nie wiem kiedy zmorzył mnie sen. Tak czy owak obudziłem się z głową opartą o zimne kamienie, moich asystentów nie było już w celi. Gdyby nie ostatnie wypadki uznałbym ten wieczór za najpiękniejszy jaki miałem okazję zobaczyć. Słońce zabarwiało niebo na najróżniejsze kolory- od czerwieni aż po żółć. W końcu usłyszałem kroki. Otworzono z wielką siłą drzwi celi i wydarto mnie. Upadłem na kolana, ale szybko się podniosłem, a wtedy ludzie króla złapali mnie pod ramiona i unieruchomili. Nie miałem pojęcia o co może im chodzić, przez całe swoje życie nigdy nie byłem bardziej brutalnie potraktowany. Zaprowadzono mnie do sali tronowej, gdzie zebrali się chyba wszyscy ważni w państwie. Miałem okazję być tu tylko 2 razy i zawsze sala ta siała pustkami. Teraz było tak tłoczno, że niemal nie było czym oddychać. Popchnięto mnie na kolana, a książę spoglądał na mnie z pogardą. Był także miejscowy sędzia, a obok w takich samych togach jeszcze kilku innych mężczyzn. Lektor zaczął wypowiadać słowo księcia, w którym zawarte było to, że całe przedstawienie dotyczące materiałów było przykrywką, aby otruć króla. Jako, ze wiodłem główny prym w pokazie to zostałem obarczony winą. Nikt nie udzielił mi głosu, kiedy chciałem powiedzieć coś na swoją obronę, jeden ze sług księcia uderzył mnie mocno w twarz. Nie mogłem powiedzieć nic prócz 'Przyznaję się do zarzutów jakie zostały mi przedstawione". Sęk w tym, że nie miałem z tym nic wspólnego i nie chciałem się przyznać do czegoś o czym nie miałem pojęcia. Tym bardziej, że zamach na głowę państwa był karany śmiercią. Po prawie godzinnych torturach, gdzie raz po razie uderzano mnie w różne części ciała- nadal trwałem przy swoim, a oni nie mieli dowodów, bo nawet jak na ich rozumowanie- zmieszać truciznę z winem mógł ktokolwiek. Wysoko postawieni na dworze królewskim - poddani stwierdzili, że nic ze mnie nie wyciągną. Zabrali mnie obolałego i zakrwawionego do tej samej celi i kazali czekać aż los się wypełni. Z hukiem zatrzasnęli drzwi. Zanim te słowa do mnie dotarły minęło kilka minut, później mimo tego, że ledwo trzymałem się na nogach- zacząłem wydzierać się, że jestem niewinny. Mdlałem i budziłem się kilka razy, zlany potem. Dreszcze przebiegały mi po plecach co sekundę i nie mogłem opanować drżenia rąk. Wiedziałem, że gdy tylko wstanie słońce zostanę stracony. Zdawało się, że czas ucieka tak szybko jak mysz przed kotem. Nie chciałem nawet odliczać ile mi jeszcze zostało życia, pomyślałem tylko o tym, że nie zdążyłem przywitać się z rodziną, a teraz nawet się z nimi nie pożegnam. Przez kraty zobaczyłem, że niebo zaczyna jaśnieć na horyzoncie i usłyszałem szybkie lekkie kroki. Wiedziałem, że to po mnie. W odruchu zacząłem się modlić. Zakryłem twarz....czekałem......i usłyszałem ciche wołanie:
-Ej, ty....
Schowałem się za własnymi ramionami, nie chciałem patrzeć na tego kto po mnie przyszedł.
-Hej! Chodź, nie ma czasu! Podejdź!
Odkryłem powoli głowę i popatrzyłem z nieufnością w oczach. Zobaczyłem w słabym świetle jak ktoś przywołuje mnie ręką. Podpełzłem bliżej.
- W piątym rzędzie po prawej, na wysokości Twojego ramienia jest większy kamień. Przesuń go. Za nim znajduje się mały, wyszczerbiony sztylecik. Weź go.
Bez zastanowienia zacząłem szukać większego kamienia w piątym rzędzie po prawej. Znalazłem go szybko, choć i tak wydawało się, że minęła cała wieczność.
- Dobrze, teraz prawą stroną sztyletu podważ zawias. Lewa jest szczerbiona, więc uważaj.
Zrobiłem jak ów wybawca rozkazał. Wydostałem się i wprawiłem  z powrotem kraty do zawiasów.
- Szybko. Przejdziemy tylnym wejściem, tylko dla klawiszów, oni chwilowo śpią. W obejściu królewskim jest stajnia, za nią stoi klacz, która poniesie cię do najbliższej zagrody jaką zna. Jest oddalona o 20 km na wschód, zatrzymasz się tam, będzie na ciebie czekał list wraz z posłańcem królewskim, więc nie uciekaj przed nim. Najlepiej nic do niego nie mów, bo to on ma mówić, a ty słuchać. Później będziesz pracował dla mnie, ale pod ukryciem, przybierzesz nowe miano i nikomu nie powiesz co robisz, gdzie i dla kogo. Będziesz zdany tylko na siebie. Nie możesz też wrócić do kraju, bo drugi raz nie zdołam cię uratować. Jedź szybko i bezpiecznie.
Wsiadłem na kasztankę i ruszyłem. Zanim wtargnąłem na ścieżkę leśną chciałem zobaczyć swojego wybawcę, a właściwie wybawczynię, ale już nikogo nie dostrzegłem. Pospieszyłem konia i ruszyłem w las. jechałem galopem, aby zbyt szybko klacz się nie zmęczyła i abym nie był złapany. Po kilku kilometrach zobaczyłem rzekę, postanowiłem się trochę umyć z zakrzepłej krwi na mojej twarzy. Woda była lodowata, ale orzeźwiająca. Padałem z głodu, ale teraz nie mogłem pozwolić sobie na postój. Jednak klacz potrzebowała odpoczynku. Zebrałem trochę leśnych owoców i pozwoliłem klaczy skubnąć co nieco trawy, a potem ruszyliśmy dalej. Tym razem wolniej. Jechaliśmy i jechaliśmy, zza horyzontu prześwitywały już promienie zachodzącego słońca. Kiedy nastał zmrok, las się przerzedzał, a nam (zarówno mi jak i klaczy) doskwierał głód. Wyjechaliśmy na polanę, z której droga prowadziła do zagrody. Stwierdziłem, ze to musi być ta zagroda, o której wspomniała wybawczyni. nie byłem do końca przekonany, czy to aby nie jest pułapka i poważnie zacząłem się zastanawiać nad tym, aby tam wchodzić. Jednak klacz wyrwała się do przodu, do znajomego miejsca, gdzie świeże siano zakrywało żłób. Zaczęła jeść nie zważając na mnie, więc zeskoczyłem z niej. Okrążyłem lichą zagrodę i spojrzałem przez ubytek w ścianie do środka. Było tłoczno, gwarno i gorąco. Jednak postanowiłem zaufać wybawczyni. Uratowała mnie przed śmiercią, więc dlaczego teraz chciałaby mnie zabić? Chyba nie po to ratuje się ludzi, aby potem ich zabijać. Wszedłem wolnym krokiem i zająłem puste miejsce. nie miałem pieniędzy na strawę, ale mogłem odrobić. Zanim przekalkulowałem jak odpracuję posiłek dosiadł się do mnie rosły mężczyzna i zamówił jedzenie dla mnie, picie i miejsce na spoczynek.
- Miałem ci to zapewnić, a ty nie jesteś zobowiązany do zapłaty. Jednak moja siostra ma co do ciebie plany. I to nie byle jakie. Gdybyś nie był dobry w swoim fachu skończyłbyś jak te dwa małe pachołki, które trzymałeś na zaczepkę. Teraz ich głowy mogą co najwyżej dekorować bramy cmentarne. Zresztą nie tylko ich. Dzisiaj odbył się zbiorowy pogrzeb całej służby królewskiej i ty miałeś być wśród nich. Nie powiem, masz szczęście do interesów. Moja siostra chce, abyś przemycał dla niej te materiały. Jeżeli ci się uda dostarczyć je dla niej- pozostaniesz przy życiu, jeżeli się zdradzisz- zginiesz, jeżeli powiesz dla kogo pracujesz- zginiesz, jeżeli dasz się złapać- zginiesz, jeżeli zechcesz uciec- zginiesz. Czy to jasne? Ponad to, jutro z rana, kiedy tylko świt nastanie ruszasz na wschód. Dam ci mapę, gdzie bezpiecznie możesz się zatrzymać. Jeżeli załatwisz to co masz załatwić- wyślesz przez zaufanego posłańca. Nie pisz żadnych ważnych wiadomości na papierze, ustalimy znak rozpoznawczy, abym przez przypadek go nie zabił biorąc go za złodzieja. Dostaniesz oręż i konia, którym będziesz podróżował. Nie mogę zapewnić ci zbyt wysokich dochodów, bo płótna muszą być drogie, więc na nie będziesz musiał sam uzbierać. Jednak moja siostra, a twoja królowa doceni trud i cię nagrodzi. Wszystko zrozumiałeś?
- Tak. Mam tylko jedną prośbę. Czy mógłby ktoś skontaktować się z moją rodziną?
- Uchodzisz za zbiega, oni nie mogą o tobie nic wiedzieć pod groźbą śmierci. To logiczne. Gdyby cokolwiek wiedzieli o tobie, poprzez tortury mogliby dojść do tego kto cię uratował, a nawet cię znaleźć. Chyba nie chcesz nikogo narażać?
- Nie chcę....
- A więc jasne. Jutro ruszasz. Oręż i zapas pożywienia znajdziesz przy koniu.
Zaczął wstawać. Zanim zdążyłem się pohamować zapytałem:
- Co się właściwie stało? I dlaczego?
Zaniepokoiło go to pytanie, ale z westchnieniem odpowiedział przybliżając swoje usta jak najbliżej mojego ucha, aby nikt nie mógł podsłuchać.
- Wygląda na to, ze ktoś celowo otruł króla i próbuje obarczyć winą niewinnych ludzi. Powodów może być kilka. Każdy z jego otoczenia miał motyw. Jego brat sam chciał zostać królem, bo dotychczas był tylko jego cieniem, Ludwik wdał się w konflikt z innymi państwami, nie chciał udzielić poparcia i nie udzielił wojsk na podbój, a więc i możliwe, że dowódcy chcieli się go pozbyć. Ława sędziów miała zastrzeżenia co do mojej siostry i ich córki. Według nich- Ludwik był niegodnym królem i należało się go pozbyć. Tak czy owak- ktoś zrealizował to co miał w planach.
Pozostawił mnie samego z jedzeniem, piciem i myślami. Teraz zostało mi tylko zaplanować podróż.....




piątek, 26 września 2014

Drugie, trzecie i czwarte ja i jesień...

Witam!
Długo nie mogłam się zebrać na pisanie kolejnego posta, ale w końcu powiedziałam sobie DOŚĆ i postanowiłam napisać co nieco. Jest już wieczór, wicher wieje, herbata stoi, a deszcz jak z cebra leje. Chcę się podzielić jedną z moich pasji, a mianowicie- pisaniem wierszy, opowiadań i innych...
Dziś trochę poezji....

**1***
Zagubieni w przestrzeni czasu
Nie znający ciemności ani strachu.
Pragnący tylko prawdziwej miłości
Po kres wieczności w niewymiernym świecie.

Chusteczka nabiegła krwią szytego serca
Łzy zderzają się z planetami w kosmosie
I nawet wierzba żałuje tego losu...
Pod jej korzeniami spoczywają ciała dwóch osób.


Na tym pełnym światła wzgórzu
Zgubili swoje serca w rannym świetle
Rosa przykryła ich złączone twarze
Trawa splotła węzłem nierozerwalnym ich ciała..

Błękit nieba odbijał się w ich oczach
Tylko miłość tak twórcza i prawdziwa
Nie mieli domu, rodzin, przyjaciół
Tylko oni dla siebie w swoich ramionach..

Poświęcili życie na chwilę szczęścia i rozkoszy,
Zapłacili głodem, nędzą, chorobą.
Ból i strach, omamy różnych twarzy,
Choroba zabrała wszystko co cenne...

Teraz ich duchy szybują po nieznanym
Zbłądzili w wieczności , nadal się szukając.
Zmarli bezpiecznie w swoich ramionach
A natura co roku oddaje im pokłon...

*******

***2***
Zawartość słów zapisana w starym zeszycie
Oddałam część swoich myśli, oddałam cześć siebie
Moje serce na kartach wyryte
Czy jest wolne? Czy uwięzione? Nie wiem…

Ucieczka stanowi problem
Tak, jestem tchórzem, boję się
Rano się budzę – strach znika.
Roztrzepana, nieokrzesana aktorka wraca.

I tak upływa dzień za dniem
Dokąd zmierzam? Kim jestem?
Boże! Jak często zadaję sobie to pytanie?
Już przestałam liczyć… Nie wiem…

Wszystko jest czarno – białe.
Wszystkie kolory kontrastują ze sobą
Nic nie pasuje… Nic nie układa się w całość…
Tak jak moje cechy, tak jak moja osobowość

Czasem mam wrażenie, że rozdziera mnie na pół.
Jedno ciągnie w prawo, drugie w lewo…
Nie potrafię zdecydować… Stoję pośrodku
Bezczynna, niezależna, martwa…

Nie mam sił, aby utrzymać te dwie osoby.
Obie się ze sobą biją… Obie chcą mnie
I ja je chcę,
Ale nie potrafią się pogodzić
A ja już dawno przestałam pracować jako pośrednik.

*********

      Te dwa wiersze zapewniły mi bardzo wysokie miejsce w konkursie poetyckim. Pierwszy pisałam dosłownie na luzie, to miała być historia i sądzę, że udało mi się zawrzeć losy dwóch dusz, które poświęciły wszystko dla miłości i wciąż- nawet po śmierci nieustannie do siebie zmierzają, choć nie wiadomo czy uda im się odnaleźć wzajemnie.
Drugi z wierszy powstał w przełomowym dla mnie okresie. Jest bardzo chaotyczny, nabuzowany, dostrzec można monotonię, próby odnalezienia samej siebie, wewnętrzne rozdarcie, kontrast, który myli oczy- w końcu nie wiadomo czy jest kontrastem czy nie. Stąd też później zaczęłam mawiać "Wszystko jest powiązane ze wszystkim innym."
Większość wierszy, które piszę są przepełnione najróżniejszymi emocjami, ale ten był 'najłagodniejszy', który nie poszedł do szuflady, ale zdecydowałam się go...pokazać. Nawet teraz mam obiekcje czy go umieszczać, ale raz kozie śmierć- jak to mawiają. Ten utwór bardzo mi się z nimi kojarzy i bardzo go lubię <3

Podzielę się także moim pierwszym 'utworem'. Od tego wiersza wszystko się zaczęło, zaczęłam pisać, myśleć, zastanawiać się, odnajdywać, ukrywać pod postacią słów...
    
***3***
Tak wiele jest słów , które chciałabym powiedzieć
lecz powiedzieć cokolwiek jest tak trudno.
Od tego hałasu pęka mi głowa,
a dusza rozdziera się na kawałki.

Płaczę, myśląc co będzie jutro.. 
Może mnie już nie będzie? 
Łudząc się w nadziei, że to już koniec
Zasypiam, aby śnić o spokoju

Mam nadzieję, że odejdę we śnie..

O szczęśliwym świecie bez wojen.
Aby zasnąć w swoim ciepłym łóżku
z ukochanym psem na brzuchu..

Boję się, że w końcu nastanie dzień,
kolejny, w którym ukryję swą twarz.
Uśmiechnę się na każde "cześć"
A później znów pogrążę się w oceanie łez

Boję się obudzić, obudzić ze snu,
w którym wszystko jest tak poukładane
lub, w którym panuje prawdziwy zamęt, 
ale wiem, że to kolejny tylko sen.

Lecz kiedy już słońce wstaje za horyzontem
I widzę jego ciepłe, jasne promienie
Ogarnia mnie chwilowa błogość..
A później jest już tylko rzeczywistość....
**********
  Oczywiście poezja rzeczywistości nie równa- nie łudźcie się, że 'marzę o szczęśliwym świecie bez wojen'- wyrosłam już z naiwności. Również bujdą jest to, że 'płaczę, myśląc co będzie jutro' oraz 
'Uśmiechnę się na każde "cześć" 
A później znów pogrążę się w oceanie łez' .
Postanowiłam to tu umieścić, ponieważ od tego zaczęła się moja przygoda, a wiersze często są przekoloryzowane, nigdy nie byłam i nie zanosi się na to, abym została depresyjnym emo. To po prostu wiersz, ma spełniać swoje funkcje i moje zamiary.

****4*****
Stała mała dziewczynka na śniegu, na mrozie
Zziębły jej usta, policzki i dłonie,
Owiało oczy,dłonie i serce
I nie widziała dziewczynka światła...
Wszystko na co patrzyła było szpetne, okropne..
Wszystko czego dotykała niszczył żar.
Nie czuła ciepła serca, nosiła tylko chłód
Zabijała słowem, ostrym jak miecz.

Co się stało z Tobą dziewuszko?
Tak przemarzłaś , że aż żal...
W kamień Ci się serce zmieniło
Poczuj ciepło mojej dłoni..
Poczuj ciepło moich warg.
Otrzyj swoje rzęsy o mój policzek
Może ciepłe złoto przemieni Cię w żar?

Znów poczujesz życie mała..
Znów będziesz widzieć blask.
Znów usłyszysz tę pieśń nieznaną
Jak za dawnych, dobrych lat.
Znów poczujesz ciepło dłoni,
Bliskość swoich sióstr.
Ogrzeją Cię na nowo ich gorące uczucia
I w sercu popłynie ciepły, złoty miód...
10.12.2012
************
Wiersz zainspirowany znaną bajką Andersena "Dziewczynka z zapałkami". Jedna z najbardziej smutnych i wzruszających bajek. W zasadzie nie odbiega zbytnio od rzeczywistości....Wtedy miałam też zamiar pisać o małej dziewczynce nie znającej żadnych uczuć, zimnej jak głaz, który nie sposób ogrzać. Nie jest zimna tylko z zewnątrz, chłód jest wewnątrz niej.
I na koniec zakończę nie poezją- ale filmikiem o jesieni. Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam jesień, krajobraz, wiatr, zapach....bo mamy jesień, prawda?
Tak czy owak- sami spójrzcie i oceńcie, czyż to nie jest cudo?